Aktualności
Stadion Ludowy kończy dziś 50 lat!
gazeta.pl, 2006-10-21, 20:57
Stadion Ludowy kończy dziś 50 lat! Udało nam się dotrzeć do zawodnika, który strzelił na tym obiekcie pierwszego gola. Czesław Uznański to dziś piłkarz nieco zapomniany, a przecież na przełomie lat 50. i 60., był "królem Sosnowca".
Uznańskiego trudno spotkać. Nie pojawia się na meczach, nie był też na jubileuszowej akademii z okazji 100-lecia piłki nożnej w mieście, chociaż czekała na niego pamiątkowa odznaka. Koledzy ostatni raz widzieli go ponad rok temu, gdy przyszedł na cmentarz pożegnać Witolda "Gigę" Majewskiego - największego przyjaciela z boiska. Z pomocą dawnych działaczy trafiam pod blok na Pogoni, gdzie Uznański mieszka od ponad 40 lat. Na domofonie próżno szukać jego nazwiska. Z pomocą sąsiadów naciskam jednak na właściwy guzik. Uznański jest zaskoczony: - Jak pan mówi? Ludowy ma 50 lat? A co mnie do tego! - słyszę w głośniku jego głos.
- A pamięta Pan, kto strzelił pierwszego gola na tym stadionie - nie daję za wygraną. Uznański milczy... - Przecież to był Pan! - wykrzykuję.
- Proszę na górę, porozmawiamy - zaprasza.
Gro¼na twarz
W latach 50. Uznański był dumą Sosnowca. Silny, obdarzonym skutecznym strzałem z obydwóch nóg piłkarz był asem atutowym drużyny. Jego ulubioną pozycją był środek ataku. - Ale zdarzało się też, że grałem na prawym łączniku - zaznacza.
Syn Stanisława, hutnika z huty Milowice wychował się na tzw. Złodziejowie (część dzielnicy Pogoń granicząca z Piaskami i Milowicami). - Gdy skończyła się wojna miałem 15 lat. To były trudne czasy. Można było łobuzować, ale i zająć się sportem. Wybrałem piłkę i klub Czarni Sosnowiec. Graliśmy na dawnym stadionie przy alei Mireckiego. Trudno mówić o trenowaniu, bo nie mieliśmy żadnego trenera - wspomina. Uznański próbował też swoich sił w hokeju na lodzie, rozegrał nawet jeden mecz w III lidze.
W roku 1947 Czarni połączyli się z RKU Sosnowiec, które w kolejnych latach w skutek licznych zmian przekształciło się w Stal, a po 1962 roku w Zagłębie. Przez te wszystkie lata Uznański był czołowym napastnikiem drużyny z Sosnowca. W ekstraklasie strzelił 42 bramki (5. miejsce na liście najlepszych snajperów w historii klubu).
Zagłębie opuścił tylko na moment, gdy władze nakazały mu odsłużyć wojsko w OWKS Kraków. - Do końca nie było to takie złe, bo to była wtedy jedna z najlepszych drużyn w kraju. W 1953 roku zdobyliśmy wicemistrzostwo Polski. Musiałem być dobry, bo jak skończyłem służbę, to nie chcieli mnie puścić do Sosnowca - wspomina.
Zdaniem Uznańskiego to właśnie w czasach krakowskich przylgnął do niego pseudonim "Prezes". Z czego to wynikało? A ja to wiem? - śmieje się. - Może to dlatego, że zawsze miałem wiele do powiedzenia na boisku i poza nim - dodaje. W Sosnowcu był wieloletnim kapitanem drużyny (opaskę przejął od Mariana Masłonia).
Starsi sosnowiczanie wspominają, że "prezesowanie" Uznańskiego brało się z jego charakteru i... wyglądu. Jego twarz nie była obliczem beztroskiego 20-latka, było w niej coś gro¼nego. "Prezes" nie bał się nikogo, a dodatkowo był duszą towarzystwa. Wielkim zwolennikiem jego talentu był m.in Jan Ciszewski, legendarny sprawozdawca sportowy z Sosnowca. - Ciężko było przejść przez ulicę, żeby mnie ktoś nie zaczepił. A na treningi chodziłem wtedy pieszo - uśmiecha się.
Uznański miał posłuch w drużynie nie tylko z powodu umiejętności piłkarskich, ale i wykształcenia - jako jeden z nielicznych piłkarzy w tamtym okresie zdał bowiem maturę. Skończył Liceum Handlowe przy ulicy Brackiej w Sosnowcu. Rzadko trafiał na czołówki gazet z innych powodów niż efektowne bramki. Bohaterem małej afery był tylko raz, gdy nie wrócił razem z kadrą z zagranicznego zgrupowania. Działacze klubu z Sosnowca bali się, że Uznański uciekł, tymczasem okazało się potem, że... pomylił drogę na dworzec.
Sauna na Ludowym
Uznańskiemu z trudem przychodzi wspominanie dawnych czasów. - Bramki, statystyki... Nigdy nie przywiązywałem do tego większej wagi. Ostatni raz rozmawiałem z dziennikarzem... ze 40 lat temu. Tak, to musiało być wtedy, gdy postanowiłem skończyć karierę - pociera czoło.
Zanim powiesił buty na kołku rozegrał jednak wiele znakomitych spotkań. Pierwszego meczu na Ludowym i swojej bramki w inauguracyjnym spotkaniu z Gwardią Bydgoszcz, który odbył się 21 pa¼dziernika 1956 roku (1:1) nie pamięta. - To już tyle lat panie - macha ręką. - Pamiętam tylko, że to było wielkie święto. Na trybunach chciał usiąść każdy mieszkaniec z Sosnowca. Ludzi ciekawiło już to miejsce, gdy stadion powstawał. Chodziły tam wycieczki. Piłkarze też tam chodzili, ale nie przypominam sobie, żebym sypał wały. Trybuny, murawa - oj bardzo nam się podobały. Najważniejszy był jednak pawilon klubowy. Na Mireckiego myliśmy się w zimnej wodzie, a na Ludowym mieliśmy luksusy - prysznice, mały basen, a chyba nawet i sauna była - opowiada. Ludowy nie był jednak szczęśliwym miejscem dla piłkarzy Stali, to właśnie na tym obiekcie sosnowiczanie zaznali goryczy spadku w roku 1958.
Potem, gdy zespół walczył o powrót do elity, wiele meczów na powrót rozgrywał na starym boisku Stali. - Czy to była sprawa pecha? Graliśmy słabo i tyle. Z drugiej strony na Mireckiego trybuny były znacznie bliżej boiska, a doping aż nam dudnił w uszach - mówi.
"Prezes" miał doświadczenie w "otwieraniu" nowych stadionów. Kilka tygodni przed pierwszym meczem na Ludowym zagrał bowiem w inauguracyjnym spotkaniu na Stadionie Śląskim. 22 lipca 1956 roku, w obecności 100 tysięcy widzów, Polska przegrała z NRD 0:2. - Ogrom tego stadionu przytłaczał. Co to był za widok! Do dziś dziękuję trenerowi Ryszardowi Koncewiczowi, że dał mi szansę gry w tym spotkaniu - wspomina.
Uznański zagrał jeszcze w dwóch meczach w reprezentacji. Przeciwko Węgrom (1:4) i Norwegii (5:3) w 1956 roku. - Więcej grałem za to w spotkaniach kadry B - przypomina. Trudno było mu się przebić do podstawowej jedenastki, bowiem za konkurentów miał tak znakomitych piłkarzy jak: Gerard Cieślik, Lucjan Brychczy, Ernest Pohl czy Henryk Kempny. Żałuje, że nie strzelił żadnej bramki.
Gole zdobywał za to dla Stali i Zagłębia. Były to zazwyczaj historyczne bramki: pierwszy gol na Ludowym, pierwszy w I lidze (w 27. minucie inauguracyjnego spotkania z Górnikiem Radlin 4:0 z 20 marca 1955 r.). Uznański zapisał się też na liście strzelców w spotkaniu z Polonią Warszawa (7:1), które przesądziło o historycznym awansie Stali do piłkarskiej elity. W 1955 dzięki trafieniu "Prezesa" w meczu CWKS-em z Stal była przez 12 minut mistrzem Polski. Wyrównał jednak Brychczy i tytuł pojechał do Warszawy.
Ukraina w nagrodę
Uznański najwyżej ceni sobie bramki zdobyte w meczach przeciwko Górnikowi Zabrze, Legii Warszawa i Ruchowi Chorzów. - W lidze grało wielu znakomitych obrońców, ale najtrudniej było mi przechytrzyć Romana Korynta z Legii. Był szybki, zwinny i zawzięty, że hej - podkreśla.
To właśnie przeciwko Legii "Prezes" zdobył gola, o którym huczało potem w całej Polsce. Działo się to w roku 1962. - To już była runda rewanżowa. Na trybunach usiedli Aleksander Zawadzki [pochodzący z Dąbrowy Górniczej, ówczesny przewodniczący Rady Państwa PRL - przyp. red.], Edward Gierek, a także Stefan Skrzydło - prezydent Sosnowca. Gol był piękny. Piłka uderzona sprzed pola karnego trafiła w samo okienko. Prawda o tej bramce jest jednak taka, że po prostu nie miałem do kogo zagrać, bo tak naprawdę chciałem wtedy dośrodkować. Nikt jednak nie biegł za akcją, no to myślę - uderzę! I wpadło - śmieje się.
Takie sytuacje zdarzały się jednak rzadko, bo "Prezes" nie dawał się ponosić emocjom. Starsi kibice wspominają, że nigdy nie dał się kopnąć w kostkę. - Na boisku starałem się być opanowany i przede wszystkim myśleć - wyjaśnia. Poprowadził Stal, a potem Zagłębie do tytułu wicemistrza Polski ('55) i dwóch Pucharów Polski ('62 i '63). U szczyty kariery był prawdopodobnie w roku 1962, gdy zespół z Sosnowca ograł Górnika Zabrze w finale Pucharu Polski (2:1). W nagrodę Zagłębie stało się pierwszym reprezentantem Polski w Pucharze Zdobywców Pucharów. Sosnowiczanie nie zawojowali europejskich rozgrywek. Odpadli z dalszej rywalizacji po porażce 0:5 i remisie 0:0 z silnym wówczas węgierskim klubem Dozsą Ujpest Budapeszt. - A chce Pan wiedzieć, jakie wtedy dostawaliśmy premie za wygrane mecze? - pyta. - Za pierwsze wicemistrzostwo był rower. Taka ukraina - śmieje się.
Z wizytą w Pekinie
Uznański wyjmuje z szafki wielkie pudło pełne zdjęć. Zespół na zgrupowaniu w Bułgarii, wycieczka po placu Czerwonym w Moskwie, Zagłębie na placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie. - Trochę się zwiedziło. Myślę, że byliśmy prawie we wszystkich krajach demokracji ludowej... - przekłada kolejne zdjęcia. "Prezes" zaznacza, że dobre czasy dla klubu z Sosnowca nadeszły wraz z rokiem 1962, gdy Stal przemianowano na Zagłębie, a drużyną zaopiekowały się miejscowe kopalnie. Uznański chwali też sobie górniczą emeryturę, z której utrzymuje się na stare lata.
- Opieka Edwarda Gierka bardzo dużo wtedy znaczyła. Żył naszymi meczami, ale co ciekawe - nigdy nie zaglądał do szatni - podkreśla.
Także dzięki protekcji Gierka klub z Sosnowca wyjechał w 1964 roku na tournée do Stanów Zjednoczonych, gdzie zdobył Puchar Interligi Amerykańskiej. - Byliśmy wtedy w doskonałej formie. Gdybyśmy grali na takim samym poziomie w lidze, mistrzostwo Polski mielibyśmy w kieszeni - zapewnia.
Podczas pobytu w Chicago Uznański miał okazję poznać samego Jana Kiepurę. - Zszedł do nas do szatni na stadionie Soldier Field. Z każdym się przywitał. Zagrzewał do walki - opowiada.
Uznański na dobre pożegnał się z Zagłębiem w roku 1965. Ostatni mecz o punkty rozegrał w wieku 35 lat. Pod koniec kariery pełnił rolę mentora dla młodszych zawodników. To on wprowadzał do zespołu Andrzeja Jarosika - najskuteczniejszego strzelca w historii Zagłębia - czy Jerzego Pieloka, wychowanka Słowiana Katowice.
W końcu został trenerem. - Trochę pomagałem przy pierwszej drużynie, ale tak naprawdę odpowiadałem za jedną z grup młodzieżowych. Prowadziłem chłopaków od trampkarza do juniora. Bardzo miło było - mówi.
Zobaczyć Zagłębie w ekstraklasie
Uznański zamyka pudło ze zdjęciami. Żegnamy się, pewnie zaraz wróci do rozesłanego łóżka. - Nadciśnienie mi dokucza. To dlatego nie chodzę na mecze - przyznaje. Na szczęście rzucił palenie, a kiedyś palił jak smok. Jego znajomi mówią, że nawet 80 sztuk dziennie!
- Na stadionach się nie pojawiam, ale nadal interesuję się piłką. Cieszyłem się, jak ostatnio Polska zlała Portugalię. Nasłuchuję też, jak radzi sobie Zagłębia. Chciałbym jeszcze kiedyś zobaczyć mój zespół w ekstraklasie - kończy Czesław Uznański.
Komentarze (0)
Stadion Ludowy kończy dziś 50 lat! Udało nam się dotrzeć do zawodnika, który strzelił na tym obiekcie pierwszego gola. Czesław Uznański to dziś piłkarz nieco zapomniany, a przecież na przełomie lat 50. i 60., był "królem Sosnowca".
Uznańskiego trudno spotkać. Nie pojawia się na meczach, nie był też na jubileuszowej akademii z okazji 100-lecia piłki nożnej w mieście, chociaż czekała na niego pamiątkowa odznaka. Koledzy ostatni raz widzieli go ponad rok temu, gdy przyszedł na cmentarz pożegnać Witolda "Gigę" Majewskiego - największego przyjaciela z boiska. Z pomocą dawnych działaczy trafiam pod blok na Pogoni, gdzie Uznański mieszka od ponad 40 lat. Na domofonie próżno szukać jego nazwiska. Z pomocą sąsiadów naciskam jednak na właściwy guzik. Uznański jest zaskoczony: - Jak pan mówi? Ludowy ma 50 lat? A co mnie do tego! - słyszę w głośniku jego głos.
- A pamięta Pan, kto strzelił pierwszego gola na tym stadionie - nie daję za wygraną. Uznański milczy... - Przecież to był Pan! - wykrzykuję.
- Proszę na górę, porozmawiamy - zaprasza.
Gro¼na twarz
W latach 50. Uznański był dumą Sosnowca. Silny, obdarzonym skutecznym strzałem z obydwóch nóg piłkarz był asem atutowym drużyny. Jego ulubioną pozycją był środek ataku. - Ale zdarzało się też, że grałem na prawym łączniku - zaznacza.
Syn Stanisława, hutnika z huty Milowice wychował się na tzw. Złodziejowie (część dzielnicy Pogoń granicząca z Piaskami i Milowicami). - Gdy skończyła się wojna miałem 15 lat. To były trudne czasy. Można było łobuzować, ale i zająć się sportem. Wybrałem piłkę i klub Czarni Sosnowiec. Graliśmy na dawnym stadionie przy alei Mireckiego. Trudno mówić o trenowaniu, bo nie mieliśmy żadnego trenera - wspomina. Uznański próbował też swoich sił w hokeju na lodzie, rozegrał nawet jeden mecz w III lidze.
W roku 1947 Czarni połączyli się z RKU Sosnowiec, które w kolejnych latach w skutek licznych zmian przekształciło się w Stal, a po 1962 roku w Zagłębie. Przez te wszystkie lata Uznański był czołowym napastnikiem drużyny z Sosnowca. W ekstraklasie strzelił 42 bramki (5. miejsce na liście najlepszych snajperów w historii klubu).
Zagłębie opuścił tylko na moment, gdy władze nakazały mu odsłużyć wojsko w OWKS Kraków. - Do końca nie było to takie złe, bo to była wtedy jedna z najlepszych drużyn w kraju. W 1953 roku zdobyliśmy wicemistrzostwo Polski. Musiałem być dobry, bo jak skończyłem służbę, to nie chcieli mnie puścić do Sosnowca - wspomina.
Zdaniem Uznańskiego to właśnie w czasach krakowskich przylgnął do niego pseudonim "Prezes". Z czego to wynikało? A ja to wiem? - śmieje się. - Może to dlatego, że zawsze miałem wiele do powiedzenia na boisku i poza nim - dodaje. W Sosnowcu był wieloletnim kapitanem drużyny (opaskę przejął od Mariana Masłonia).
Starsi sosnowiczanie wspominają, że "prezesowanie" Uznańskiego brało się z jego charakteru i... wyglądu. Jego twarz nie była obliczem beztroskiego 20-latka, było w niej coś gro¼nego. "Prezes" nie bał się nikogo, a dodatkowo był duszą towarzystwa. Wielkim zwolennikiem jego talentu był m.in Jan Ciszewski, legendarny sprawozdawca sportowy z Sosnowca. - Ciężko było przejść przez ulicę, żeby mnie ktoś nie zaczepił. A na treningi chodziłem wtedy pieszo - uśmiecha się.
Uznański miał posłuch w drużynie nie tylko z powodu umiejętności piłkarskich, ale i wykształcenia - jako jeden z nielicznych piłkarzy w tamtym okresie zdał bowiem maturę. Skończył Liceum Handlowe przy ulicy Brackiej w Sosnowcu. Rzadko trafiał na czołówki gazet z innych powodów niż efektowne bramki. Bohaterem małej afery był tylko raz, gdy nie wrócił razem z kadrą z zagranicznego zgrupowania. Działacze klubu z Sosnowca bali się, że Uznański uciekł, tymczasem okazało się potem, że... pomylił drogę na dworzec.
Sauna na Ludowym
Uznańskiemu z trudem przychodzi wspominanie dawnych czasów. - Bramki, statystyki... Nigdy nie przywiązywałem do tego większej wagi. Ostatni raz rozmawiałem z dziennikarzem... ze 40 lat temu. Tak, to musiało być wtedy, gdy postanowiłem skończyć karierę - pociera czoło.
Zanim powiesił buty na kołku rozegrał jednak wiele znakomitych spotkań. Pierwszego meczu na Ludowym i swojej bramki w inauguracyjnym spotkaniu z Gwardią Bydgoszcz, który odbył się 21 pa¼dziernika 1956 roku (1:1) nie pamięta. - To już tyle lat panie - macha ręką. - Pamiętam tylko, że to było wielkie święto. Na trybunach chciał usiąść każdy mieszkaniec z Sosnowca. Ludzi ciekawiło już to miejsce, gdy stadion powstawał. Chodziły tam wycieczki. Piłkarze też tam chodzili, ale nie przypominam sobie, żebym sypał wały. Trybuny, murawa - oj bardzo nam się podobały. Najważniejszy był jednak pawilon klubowy. Na Mireckiego myliśmy się w zimnej wodzie, a na Ludowym mieliśmy luksusy - prysznice, mały basen, a chyba nawet i sauna była - opowiada. Ludowy nie był jednak szczęśliwym miejscem dla piłkarzy Stali, to właśnie na tym obiekcie sosnowiczanie zaznali goryczy spadku w roku 1958.
Potem, gdy zespół walczył o powrót do elity, wiele meczów na powrót rozgrywał na starym boisku Stali. - Czy to była sprawa pecha? Graliśmy słabo i tyle. Z drugiej strony na Mireckiego trybuny były znacznie bliżej boiska, a doping aż nam dudnił w uszach - mówi.
"Prezes" miał doświadczenie w "otwieraniu" nowych stadionów. Kilka tygodni przed pierwszym meczem na Ludowym zagrał bowiem w inauguracyjnym spotkaniu na Stadionie Śląskim. 22 lipca 1956 roku, w obecności 100 tysięcy widzów, Polska przegrała z NRD 0:2. - Ogrom tego stadionu przytłaczał. Co to był za widok! Do dziś dziękuję trenerowi Ryszardowi Koncewiczowi, że dał mi szansę gry w tym spotkaniu - wspomina.
Uznański zagrał jeszcze w dwóch meczach w reprezentacji. Przeciwko Węgrom (1:4) i Norwegii (5:3) w 1956 roku. - Więcej grałem za to w spotkaniach kadry B - przypomina. Trudno było mu się przebić do podstawowej jedenastki, bowiem za konkurentów miał tak znakomitych piłkarzy jak: Gerard Cieślik, Lucjan Brychczy, Ernest Pohl czy Henryk Kempny. Żałuje, że nie strzelił żadnej bramki.
Gole zdobywał za to dla Stali i Zagłębia. Były to zazwyczaj historyczne bramki: pierwszy gol na Ludowym, pierwszy w I lidze (w 27. minucie inauguracyjnego spotkania z Górnikiem Radlin 4:0 z 20 marca 1955 r.). Uznański zapisał się też na liście strzelców w spotkaniu z Polonią Warszawa (7:1), które przesądziło o historycznym awansie Stali do piłkarskiej elity. W 1955 dzięki trafieniu "Prezesa" w meczu CWKS-em z Stal była przez 12 minut mistrzem Polski. Wyrównał jednak Brychczy i tytuł pojechał do Warszawy.
Ukraina w nagrodę
Uznański najwyżej ceni sobie bramki zdobyte w meczach przeciwko Górnikowi Zabrze, Legii Warszawa i Ruchowi Chorzów. - W lidze grało wielu znakomitych obrońców, ale najtrudniej było mi przechytrzyć Romana Korynta z Legii. Był szybki, zwinny i zawzięty, że hej - podkreśla.
To właśnie przeciwko Legii "Prezes" zdobył gola, o którym huczało potem w całej Polsce. Działo się to w roku 1962. - To już była runda rewanżowa. Na trybunach usiedli Aleksander Zawadzki [pochodzący z Dąbrowy Górniczej, ówczesny przewodniczący Rady Państwa PRL - przyp. red.], Edward Gierek, a także Stefan Skrzydło - prezydent Sosnowca. Gol był piękny. Piłka uderzona sprzed pola karnego trafiła w samo okienko. Prawda o tej bramce jest jednak taka, że po prostu nie miałem do kogo zagrać, bo tak naprawdę chciałem wtedy dośrodkować. Nikt jednak nie biegł za akcją, no to myślę - uderzę! I wpadło - śmieje się.
Takie sytuacje zdarzały się jednak rzadko, bo "Prezes" nie dawał się ponosić emocjom. Starsi kibice wspominają, że nigdy nie dał się kopnąć w kostkę. - Na boisku starałem się być opanowany i przede wszystkim myśleć - wyjaśnia. Poprowadził Stal, a potem Zagłębie do tytułu wicemistrza Polski ('55) i dwóch Pucharów Polski ('62 i '63). U szczyty kariery był prawdopodobnie w roku 1962, gdy zespół z Sosnowca ograł Górnika Zabrze w finale Pucharu Polski (2:1). W nagrodę Zagłębie stało się pierwszym reprezentantem Polski w Pucharze Zdobywców Pucharów. Sosnowiczanie nie zawojowali europejskich rozgrywek. Odpadli z dalszej rywalizacji po porażce 0:5 i remisie 0:0 z silnym wówczas węgierskim klubem Dozsą Ujpest Budapeszt. - A chce Pan wiedzieć, jakie wtedy dostawaliśmy premie za wygrane mecze? - pyta. - Za pierwsze wicemistrzostwo był rower. Taka ukraina - śmieje się.
Z wizytą w Pekinie
Uznański wyjmuje z szafki wielkie pudło pełne zdjęć. Zespół na zgrupowaniu w Bułgarii, wycieczka po placu Czerwonym w Moskwie, Zagłębie na placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie. - Trochę się zwiedziło. Myślę, że byliśmy prawie we wszystkich krajach demokracji ludowej... - przekłada kolejne zdjęcia. "Prezes" zaznacza, że dobre czasy dla klubu z Sosnowca nadeszły wraz z rokiem 1962, gdy Stal przemianowano na Zagłębie, a drużyną zaopiekowały się miejscowe kopalnie. Uznański chwali też sobie górniczą emeryturę, z której utrzymuje się na stare lata.
- Opieka Edwarda Gierka bardzo dużo wtedy znaczyła. Żył naszymi meczami, ale co ciekawe - nigdy nie zaglądał do szatni - podkreśla.
Także dzięki protekcji Gierka klub z Sosnowca wyjechał w 1964 roku na tournée do Stanów Zjednoczonych, gdzie zdobył Puchar Interligi Amerykańskiej. - Byliśmy wtedy w doskonałej formie. Gdybyśmy grali na takim samym poziomie w lidze, mistrzostwo Polski mielibyśmy w kieszeni - zapewnia.
Podczas pobytu w Chicago Uznański miał okazję poznać samego Jana Kiepurę. - Zszedł do nas do szatni na stadionie Soldier Field. Z każdym się przywitał. Zagrzewał do walki - opowiada.
Uznański na dobre pożegnał się z Zagłębiem w roku 1965. Ostatni mecz o punkty rozegrał w wieku 35 lat. Pod koniec kariery pełnił rolę mentora dla młodszych zawodników. To on wprowadzał do zespołu Andrzeja Jarosika - najskuteczniejszego strzelca w historii Zagłębia - czy Jerzego Pieloka, wychowanka Słowiana Katowice.
W końcu został trenerem. - Trochę pomagałem przy pierwszej drużynie, ale tak naprawdę odpowiadałem za jedną z grup młodzieżowych. Prowadziłem chłopaków od trampkarza do juniora. Bardzo miło było - mówi.
Zobaczyć Zagłębie w ekstraklasie
Uznański zamyka pudło ze zdjęciami. Żegnamy się, pewnie zaraz wróci do rozesłanego łóżka. - Nadciśnienie mi dokucza. To dlatego nie chodzę na mecze - przyznaje. Na szczęście rzucił palenie, a kiedyś palił jak smok. Jego znajomi mówią, że nawet 80 sztuk dziennie!
- Na stadionach się nie pojawiam, ale nadal interesuję się piłką. Cieszyłem się, jak ostatnio Polska zlała Portugalię. Nasłuchuję też, jak radzi sobie Zagłębia. Chciałbym jeszcze kiedyś zobaczyć mój zespół w ekstraklasie - kończy Czesław Uznański.
Serwis 100% Zagłębie Sosnowiec nie ponosi odpowiedzialności za treść powyższych komentarzy - są one niezależnymi opiniami czytelników Serwisu. Redakcja zastrzega sobie prawo usuwania komentarzy zawierających: wulgaryzmy, treści rasistowskie, treści nie związane z tematem, linki, reklamy, obrażające innych czytelników i instytucje. Czytelnik ponosi odpowiedzialność za treść wypowiedzi i zobowiązuje się do nie wprowadzania do systemu wypowiedzi niezgodnych z Polskim Prawem i normami obyczajowymi.
Bramki, asysty, kartki
III LIGA
BRAMKI:
ASYSTY:
ŻÓŁTE KARTKI:
Rozkład jazdy kibica
2026-08-05, 19:00GKS Tychy - Zagłębie Sosnowiec
2026-08-09, 17:00Zagłębie Sosnowiec - LKS Goczałkowice Zdrój
2026-08-16, 18:00ROW 1964 Rybnik - Zagłębie Sosnowiec
2026-08-19, 18:00Zagłębie Sosnowiec - Ślęza Wrocław
2026-08-22, 16:00Carina Gubin - Zagłębie Sosnowiec

































Zaloguj się aby dodać własny komentarz