Strona 217 z 237

Re: Wieści dotyczące naszych bylych pilkarzy i trenerów

PostNapisane: 2019-02-13, 5:55 pm
przez Tomcjo
Czyli kiełbasa z osła :lol:

Re: Wieści dotyczące naszych bylych pilkarzy i trenerów

PostNapisane: 2019-02-13, 6:39 pm
przez django
August napisał(a):
turku napisał(a):Vokic ma przejść do Benevento. Za słaby na Zagłębie, funty na Benevento.

A może ma niezłych menago. Pamiętacie transfer Gruncika z 3 ligi polskiej po długotrwałej kontuzji do portugalskiej ekstraklasy?


Albo niedawny transfer kopiącego się po głowie w ktòrejśtam lidze niemieckiej Torrunarighi do jednego z klubów polskiej ekstraklasy :)

Re: Wieści dotyczące naszych bylych pilkarzy i trenerów

PostNapisane: 2019-03-01, 7:27 pm
przez Adam1906
Józef Gałeczka - najlepsza głowa w historii Zagłębia Sosnowiec i polskiej piłki
Rozmawiał Wojciech Todur
28 lutego 2019 | 19:20

Obrazek
Józef Gałeczka, legenda Zagłębia Sosnowiec (Fot. Dawid Chalimoniuk/AG)

Nie ma bardziej utytułowanego piłkarza i trenera w historii klubu z Sosnowca. Józef Gałeczka miał udział we wszystkich znaczących sukcesach Zagłębia. Trzy razy prowadził zespół do wicemistrzostwa Polski, cztery razy cieszył się ze zdobycia Pucharu Polski (dwa razy jako trener). Podnosił nad głową Puchar Interligi Amerykańskiej i odbierał trofeum za zdobycie tytułu króla strzelców.

W dniu 80. urodzin Józefa Gałeczki przypominamy rozmowę, którą Wojciech Todur przeprowadził z legendą Zagłębia z okazji 70. urodzin

Wojciech Todur: Zabrakło Panu dwóch goli, żeby dostać się do elitarnego Klubu 100, skupiającego piłkarzy, którzy zdobyli w ekstraklasie sto i więcej bramek. Żal?

Józef Gałeczka:
– W cuglach mogłem te dwie bramki zdobyć. Pod koniec kariery nie strzelałem już karnych, a przecież mogłem. Zraziłem się po meczu Zagłębia w Chorzowie. Jedenastkę miał wtedy strzelać Ryszard Krawiarz. On jednak, chorzowianin, zwyczajnie się bał. – Józiu? Coś nie czuję się dziś pewnie. Może ty byś strzelił? – zagaił. Dlaczego nie? – pomyślałem i... walnąłem nad poprzeczką. No i wyleczyłem się z karnych. Grałem potem jeszcze ze cztery lata, więc te dwa gole z jedenastek bez trudu bym uzbierał.

Kibice pamiętają jednak Pana inną bramkę. Gazety opisywały, że pojawił się Pan w polu karnym Górnika Zabrze jak duch...

–... a moja zielona koszulka zlała się z zieloną murawą (śmiech). Zabrzanie tłumaczyli się potem, że Jan Gomola mnie nie dojrzał, bo oświetlenie na Ludowym było za słabe. Ja zapamiętałem tę akcję inaczej. Gomola wypuścił sobie piłkę na 11. metr i zastanawiał się, komu ją podać. Stałem wtedy przed polem karnym. Ruszyłem, bo chciałem go postraszyć. On się zawahał, zamiast kopnąć piłkę chciał ją złapać. Wykorzystałem ten moment niepewności, dzióbnąłem piłkę czubkiem buta. Gomola rzucił się na mnie jak zapaśnik. Złapał mnie za rękę i niemal powalił. Bramka była już jednak pusta, więc bez trudu trafiłem do siatki. Po sezonie pojechaliśmy z kolegami na borowinowe kąpiele do Lądka-Zdroju. Okazało się, że tuż obok leży Włodek Lubański, który zaraz wrócił do historii z Gomolą. – Ty wiesz, że on do dzisiaj przeżywa tamtą bramkę? Już zapowiedział, że w kolejnym meczu sam cię obstawi. Nawet ruchu nie zrobisz! – śmiał się Włodek.

Obrazek
Tak wysoko jak Józef Gałeczka z Zagłębia Sosnowiec nie wyskakiwał żaden inny polski piłkarz fot. archiwum Józefa Gałeczki

Słyszałem, że mógł się Pan wymienić koszulką z samym Pele?

– Oj, mogłem. Ale wymieniłem się z Silvą. Długo miałem tę koszulkę w domu, ale w końcu syn gdzieś mi ją zapodział. W 1966 roku, przed mistrzostwami świata w Anglii, pojechaliśmy z reprezentacją na tournee do Ameryki Południowej. Mecze na słynnej Maracanie były dla nas niezwykłym przeżyciem. Gdy wyszliśmy na murawę, na trybunach był taki zgiełk, że nie słyszałem kolegi, który stał pięć metrów dalej. Pomyślałem – ale doping! A to nie był żaden doping, ot ludzie sobie rozmawiali przed meczem. Gdy ryknęli na poważnie, to serca nam drżały. W reprezentacji debiutowałem u Kazimierza Górskiego, to było jeszcze w juniorach. Ale byłem dumny, gdy pan Kazimierz nagrodził mnie specjalnymi dyplomami – „Najszybszy” i „Najlepszy technik".

Urodził się Pan w Gliwicach, w domu górnika. Ojciec nie naciskał, żeby syn też kopał węgiel?

– Myślę, że ojciec chciał dla mnie lepszego życia. Zaraz po wojnie Rosjanie wywieźli go do kopalni w pobliże Doniecka. Opowiadał o katorżniczej pracy za kromkę czarnego chleba.

Wrócił po dwóch latach – wielu jego kolegów nie miało tyle szczęścia. Tym moim graniem w piłkę to długo nikt w naszym domu nie zawracał sobie głowy. Gdy miałem 16 lat, zdarzało mi się już grać w pierwszej drużynie Piasta Gliwice. Wiedzieli o tym wszyscy nasi sąsiedzi, tylko nie moja mama. Pamiętam, jak przed jakimś meczem dorwała ją sąsiadka i dopytywała się, czy idzie na stadion oglądać syna. – A co mnie to dziwne, że z łebkami piłkę kopie – machnęła ręką matka. – Z jakimi łebkami?! W pierwszym składzie gra – nie dawała za wygraną sąsiadka. Po powrocie domu dostałem burę. – To prawda, że grasz ze starszymi?! Daj sobie synek spokój, bo ci jeszcze nogi połamią. Dobrze ci radzę – pogroziła palcem.

Koledzy mówią, że zapowiadał się Pan na dobrego... bramkarza.

– To już przesadzili (śmiech), ale prawdą jest, że stałem między słupkami. Imponowało mi, że bramkarz to sam może wygrać mecz. I tak w trampkarzach czy nawet juniorach Unii Gliwice w jednej drużynie stałem na bramce, a w drugiej strzelałem gole w ataku. Dosyć długo to trwało, aż do meczu, w którym puściłem sześć goli. Mieliśmy wtedy bardzo słabą obronę i ciągle ktoś jechał ze mną sam na sam. Wkurzyłem się wtedy i rzuciłem bramkarskimi rękawicami. Pomyślałem – jak ktoś ma strzelać gole, to będę to ja!

No i strzelał Pan. Już jako 17-letni młokos zapewnił Pan Piastowi awans do drugiej ligi!

– Jest rok 1956. Gram sobie w juniorach, toczę wałki na tokarce, a moi starsi koledzy z Piasta walczą o drugą ligę z Concordią Knurów. W Gliwicach remisujemy 3:3, a wszystkie gole dla Piasta strzelił Ewald Dera. Po tym meczu do zakładu, w którym pracowałem, pofatygował się trener Edward Metzger, który był opiekunem juniorów. – Rzucaj to żelastwo, wskakuj w dres, jedziesz na zgrupowanie przed rewanżowym meczem w Knurowie – zakomunikował. Tłumaczył, że rywal poznał się na Derze i trzeba go czymś zaskoczyć. No i zagrałem, strzeliłem dwa gole i wygraliśmy 2:1 (śmiech). Po meczu miejscowi kibice chcieli nas zlinczować. Kierowca z Gliwickich Zakładów Urządzeń Technicznych zarzucił mi na głowę koc, wpakował do czarnej wołgi i wywiózł ze stadionu.

Kolejni piłkarze ewakuowali się na własną rękę. Najbardziej pomysłowy był nasz bramkarz – Franek Stein. Zaraz po końcowym gwizdku – tak jak stał – przeskoczył przez płot i pierwszego napotkanego kibica z Gliwic poprosił o rower. Nikt nie chciał mu dać, więc w końcu zaoferował, że on będzie kręcił, a właściciela weźmie na rurkę. I w taki właśnie sposób Stein wrócił do domu (śmiech).

Opowiada Pan o swoich początkach w Gliwicach, ale tak naprawdę jest Pan symbolem Zagłębia.

– Mój dom jest w Sosnowcu. Nie wyobrażam sobie, żebym mógł mieszkać w innym mieście.

Jest Pan najbardziej utytułowanym piłkarzem i trenerem w historii klubu. Miał Pan udział w wywalczeniu wszystkich czterech Pucharów Polski.

– Zaskoczę Pana, ale dużo bardziej od wywalczenia tych pucharów cenię sobie awans do ekstraklasy w roku 1989. Byłem wtedy kierownikiem sekcji. Zespół był rozbity po spadku, odszedł właśnie trener Jerzy Kopa. Naszym prezesem był wtedy Alfred Malczyk – na co dzień pracownik kopalni Czerwone Zagłębie. Prezes Malczyk wziął mnie na bok, dał do ręki listę z nazwiskami trenerów i poprosił, żebym kogoś wybrał Spojrzałem na kartkę papieru i szczerze powiedziałem, że każdy z potencjalnych kandydatów i tak przyjedzie do Sosnowca, żeby odwalić pańszczyznę. Malczyk coś tam pomruczał i poszedł na posiedzenie zarządu. Po spotkaniu podszedł do mnie z uśmiecham na ustach. – Gratuluję! Zostałeś trenerem – ścisnął moją rękę. – Ja?! Ale ja nie dam rady! Stawy mam zniszczone. Nawet biegać nie mogę – broniłem się. – Weźmiesz sobie asystentów. Oni będą biegać – nie dawał za wygraną Malczyk. Gdy wróciłem z nowinami do domu, żona nie chciała nawet na mnie spojrzeć. Przez tydzień mieliśmy ciche dni, ale Zagłębie i tak poprowadziłem i razem z Leszkiem Baczyńskim wprowadziłem ponownie do ekstraklasy.

Żona pochodziła z Kresów, więc w 1962 roku, gdy wahał się Pan pomiędzy Zagłębiem a Polonią Bytom, pewnie namawiała Pana na bliższą jej rodzinnemu Lwowowi Polonię.

– Nie musiała mnie namawiać. Mnie też się wtedy wydawało, że to będzie dla mnie lepsze miejsce. Przesądziło wojsko. Wracałem wtedy z Australii, miałem nieuregulowany stosunek do służby wojskowej. Pojechałem na komisję wojskową do Wrocławia, a lekarz już od progu pyta: – To co, panie Gałeczka – Śląsk Wrocław czy Legia? – A Zagłębie! – odpowiedziałem hardo. Sosnowiecki klub zyskał właśnie oparcie w branży górniczej, a tym samym miał możliwość odraczania od służby wojskowej. Prezesem Zagłębia był wtedy Franciszek Wszołek. Wziął mnie do gabinetu i pyta: – To co, Gałeczka? Chcecie grać w Zagłębiu? Przytaknąłem. Wszołek chwycił za telefon. – Od jutra będzie u was pracował Gałeczka – zapowiedział osobie po drugiej stronie telefonicznego kabla. – To gdzie mam przyjść do pracy? – Jakiej pracy? O godzinie 11 masz być na Stadionie Ludowym! To było coś nowego. Dotąd granie w piłkę było dla mnie tylko dodatkiem do codziennej pracy. Pracowałem na tokarce osiem godzin dziennie, sześć dni w tygodniu. Teraz byłem górnikiem strzałowym w kopalni Piaski, ale już tylko na papierze.

Wspomniał Pan o Australii. Czy to prawda, że trafił Pan na drugi koniec świata dzięki ogłoszeniu w gazecie?

– Tak było. Po Igrzyskach w Melbourne australijska Polonia nawiązała kontrakt z Polskim Komitetem Olimpijskim. Polonusi sponsorowali naszych sportowców, ale w zamian oczekiwali, że PKOl pomoże im zmontować silną drużynę na antypodach. W australijskiej lidze rywalizowały wtedy drużyny Włochów czy Greków, więc Polacy nie chcieli być gorsi. O ofercie rzeczywiście dowiedziałem się z gazety. Byłem wtedy świeżo po ślubie, miałem niespełna 22 lata. Już sama podróż była niezwykła. Najpierw dostałem się pociągiem do Pragi, stamtąd zabrał nas do Bombaju radziecki samolot Tu-104. W Indiach kolejna przesiadka – tym razem do Kalkuty. Polecieliśmy lokalnymi liniami. Na początku dziwiłem się, dlaczego rozdają nam wachlarze. Okazało się, że samolot nie jest klimatyzowany. Upał był taki, że myślałem, że od tego wachlowania to mi ręka odpadnie. W Kalkucie kolejna przesiadka i lot – tym razem już australijskimi liniami – do Sydney.

Tak naprawdę lot do ciężkiej pracy...

– Nigdy nie harowałem tak ciężko. Pracowałem na czterech tokarkach jednocześnie. Toczyłem wały rozrządu w fabryce Austina. Zaczynałem o 7 rano. Dwie godziny później miałem piętnaście minut przerwy na śniadanie. Czasu było tak mało, że jadłem przy maszynie. O 12 kolejna przerwa – pół godziny na obiad – które potem i tak musiałem odrobić. Po ośmiu godzinach pracy trzeba było wyczyścić wszystkie tokarki. Wracałem do szatni, brałem prysznic, przed treningiem czekała mnie jeszcze godzinna podróż do domu. Chciałem stamtąd uciekać. Piłka stała na niskim poziomie, tęskniłem za żoną. Nie było telefonów, więc pisałem listy. Szły do Polski około siedmiu dni. I tak żyłem – od listu do listu.

Z wycinków z australijskiej prasy wynika jednak, że był Pan lokalną gwiazdą!

– Australijczycy dziwili się, że niemal nie muszę się golić i wołali za mną „Synek” (śmiech). Strzelałem bardzo dużo goli. Szybko chciały mnie skaperować lepsze kluby. Miejscowi mówili – „Spokojnie. Przestaniesz tęsknić. Po trzech latach przywykniesz". Trzy lata?! Chyba zwariowali. Wytrzymałem półtora roku! Nigdy później już tam nie wróciłem...

Chociaż dobrze Pan zarobił?

– A gdzie tam... Zarabiałem tyle co na tokarce. Za granie w piłkę to było jakieś kieszonkowe. Żyłem bardzo oszczędnie i po powrocie miałem w kieszeni 2200 dolarów. Wystarczyło na ciemnogranatowego Fiata 1100 D.

Powrót do kraju był równie ciekawy jak podróż do Australii?

– Jeszcze ciekawszy. Płynąłem włoskim statkiem wycieczkowym. Miesiąc płynąłem! Zawijaliśmy do egzotycznych portów, zwiedziłem po drodze Kair, jeździłem na wielbłądach. Bałem się, że wielu miejsc już nigdy w życiu nie zobaczę, więc zahaczyłem też o Rzym i Wiedeń.

Wracajmy do Zagłębia, ulubionego klubu Edwarda Gierka. Partyjny dygnitarz cenił świetnych piłkarzy. Miał Pan u niego specjalne względy?

– Nic z tych rzeczy. Gierek traktował wszystkich piłkarzy jedną miarą. Rzadko zaglądał do naszej szatni. Pamiętam jego twarz po pechowo przegranym meczu z Szombierkami Bytom. Wszedł do szatni razem z Wszołkiem. My głowy spuszczone do samej ziemi, spodziewaliśmy się, że zdrowo nas opieprzy, a on spokojnie: – Nie martwcie się. To tylko sport. Za tydzień wygracie... Pamiętam też, jak zajrzał do nas podczas zgrupowania w Bułgarii, w Złotych Piaskach to było. Nie, nie przyjechał specjalnie. Miał tam swoją willę, na wakacjach był.

A jak Pan zapamiętał spotkanie z Janem Kiepurą podczas rywalizacji o Puchar Ameryki?

– Niewysoki, elegancko ubrany mężczyzna w kapelusiku wszedł do naszej szatni w przerwie meczu. Miał dobre rady. Dopytywał się Witka Szyguły, dlaczego wyrzuca piłkę ręką zamiast wykopać ją gdzieś hen pod przeciwną bramkę. – Koledzy męczą się w środku pola, a ty nie chcesz im pomóc? – zrugał Szygułę. No, było trochę śmiechu.

Przez tyle lat mieliście w Sosnowcu silną pakę, a jednak nigdy nie zdobyliście mistrzostwa Polski. Dlaczego?

– Wiele razy się nad tym zastanawiałem. Fakt, byliśmy mocni, ale Górnik czy Legia to były potęgi. Potrafiliśmy wygrywać z nimi pojedyncze mecze, ale na dłuższym dystansie to oni byli lepsi.

Obrazek
Józef Gałeczka (drugi z prawej) przed meczem z Izraelem w 1966 roku. To był ostatni reprezentacyjny występ piłkarza fot. archiwum Józefa Gałeczki

Do Pana sukcesów trzeba też dodać zdobycie tytułu króla strzelców piłkarskiej ekstraklasy. W 1964 roku rywalizacja o trofeum była bardzo zacięta. 18 bramek na koniec sezonu mieli też Lucjan Brychczy i Jerzy Wilim. Jak Pan wspomina tamte dni?

– Trzech Ślązaków walczyło o tytuł najlepszego polskiego snajpera. Czy te czasy jeszcze kiedyś wrócą? Dla mnie niezwykłe było to, że rywalizowałem z samym Brychczym. Można powiedzieć, że to dzięki niemu zostałem napastnikiem. Gdy zaczynałem kopać piłkę, o chłopaku z niezwykłą smykałką do strzelenia bramek z pobliskich Łabęd było już głośno. Na mecze do Łabęd chodziłem spacerkiem, osiem kilometrów brzegiem kanału. Brychczy oczarował mnie swoją grą od pierwszego wejrzenia. To było dla mnie wielkie wyróżnienie, że po latach rywalizowaliśmy w lidze, strzelaliśmy gole dla reprezentacji Polski. Do dziś darzymy się szacunkiem.

A Wilim? Podobno tylko on mógł równać się z Panem w grze głową?

– Pochodzimy z tej samej szkoły – oj, grało się w „główki” na podwórku. Widzi pan, ja nie byłem zbyt wysoki, ale miałem to coś – wiedziałem, jak się ustawić, wyprzedzić rywala. No i byłem skoczny. Myślę, że strzeliłem głową ponad połowę bramek w całej karierze! Gdy patrzę na stare zdjęcia, to czasami sam się dziwię, jak taka pchła mogła się tak wysoko oderwać od ziemi. Teraz mam schorowane stawy, kuleję. Myślę, że to przez te wysokie loty. Zniszczyłem kości, spadając z dużej wysokości.

Na koniec kariery, jak wielu ludzi z Sosnowca, wyjechał Pan do Francji. Pobyt w Boulogne był jednak bardzo nieudany.

– Miałem już kończyć karierę. Nogi mi odmawiały posłuszeństwa. Na wyjazd namówił mnie Roman Korynt, znany obrońca z Pomorza. Sponsorzy klubu z Boulogne byli armatorami i zamawiali nad polskim morzem statki. Tak dotarli do Korynta, a przez niego do mnie. Wyjazd trzeba było załatwiać po cichu. Polski Związek Piłki Nożnej przymknął oko – działacze wiedzieli, że będę grał w piłkę, ale oficjalnie kończyłem karierę i jechałem do pracy. Nieoczekiwanie dla mnie... tak się właśnie stało. Jeszcze przed pierwszym meczem zerwałem wiązadła, poszła mi łękotka – i tyle było z tego francuskiego grania.

Jak już jesteśmy przy Francji, to może Pan rozwikła tajemnicę zniknięcia Andrzeja Jarosika – znakomitego piłkarza Zagłębia, który wyjechał do Francji i ślad po nim zaginął.

– Andrzej był świetnym piłkarzem, ale miał bardzo dziwny charakter. Pamiętam taki mecz na Ludowym, byłem wtedy kapitanem. Przegrywaliśmy do przerwy, więc w szatni zachęcałem chłopaków, by w końcu wzięli się do gry. Podchodzę do Andrzeja, a ten mówi, że na drugą połowę to on już nie wyjdzie. – Dlaczego? – pytam. – Kibice na mnie gwiżdżą – odpowiedział. Gdy coś szło nie po jego myśli, to już był koniec świata. Ma żal do klubu, że w latach, gdy był u szczytu formy, nie dostał zgody na wyjazd za granicę. Nie docierało do niego, że ten problem dotyczył dziesiątków piłkarzy. Szkoda, że nie ma z nim żadnego kontaktu.

Józef Gałeczka
Urodzony: 28 lutego 1939 roku w Gliwicach

Wzrost: 166 cm. Waga: 62 kg

Kluby: Unia Gliwice (1953-1954), Piast Gliwice (1955-1959), Polonia North Side (1960), Polonia Sydney (1960-1961), Zagłębie Sosnowiec (1962-1972), FC Boulogne (1972-1973)

Mecze/gole w ekstraklasie: 253/98

Mecze/gole w reprezentacji: 18/5

http://sosnowiec.wyborcza.pl/sosnowiec/ ... owiec.html

Re: Wieści dotyczące naszych bylych pilkarzy i trenerów

PostNapisane: 2019-03-03, 12:57 pm
przez bulion
Debiut Konrada Wrzesińskiego w Kajracie w przegranym Superpucharze Kazachstanu

Konrad Wrzesiński zadebiutował w barwach Kajratu Ałmaty w przegranym 0-2 (0-1) meczu o Superpuchar Kazachstanu z FK Astana. 25-letni pomocnik rozegrał całe spotkanie.

3 marca 2019, 10:00 - Ałmaty (Ortałyk stadion)
Kajrat Ałmaty 0-2 FK Astana
Junior Kabananga 7, 65

żółte kartki: Jełdos Achmietow, Isłambiek Kuat - Abzał Biejsiebiekow, Jewgienij Postnikow.
czerwona kartka: Aderinsoła Eseoła (84. minuta, Kajrat, za uderzenie przeciwnika).

sędziował: Igor Czesnokow (Ust-Kamienogorsk).

W drużynie gości znaleźli się m.in. byli zawodnicy Korony Kielce - Abzał Biejsiebiekow, którego w przerwie zmienił Dmitrij Szomko, a także Siergiej Chiżniczenko, który spotkanie spędził na ławce rezerwowych. Cały mecz rozegrał Iwan Majewskij, w przeszłości występujący w Zawiszy Bydgoszcz. Trenerem FK Astana jest były piłkarz Petrochemii Płock Roman Hryhorczuk.

http://www.90minut.pl/news/293/news2939 ... stanu.html

Re: Wieści dotyczące naszych bylych pilkarzy i trenerów

PostNapisane: 2019-03-03, 3:38 pm
przez novack
Cygaństwo przegrywa w Suwałkach mecz o 6 punktów! Pan Trener Dariusz Dudek dokona tego, awans Zagłębia na stadionie w Chorzowie z jednoczesnym spuszczeniem Rucha do 3 ligi i w jeden rok spuszczenie latynosów ;-)

Re: Wieści dotyczące naszych bylych pilkarzy i trenerów

PostNapisane: 2019-03-03, 3:57 pm
przez petromar
Dariusz , Ty nasz bohaterze Sosnowca, awans potem cyganie w 2 lidze !!!! :brawo: :brawo: :brawo:

Re: Wieści dotyczące naszych bylych pilkarzy i trenerów

PostNapisane: 2019-03-03, 4:04 pm
przez slawekchicago
No Dariuszu Dariuszu Ty Nasz koniu trojański. A w środku tej podstępnej machiny Nasi wojownicy Callum I Arkadiusz :lol: :lol: :lol: :brawo:

61'
2º Half
Nic się nie dzieje. Nie mamy sytuacji. Słabi jesteśmy strasznie

Ot cały komentarz z ich strony

Teraz Dariusz się ratuje i wpuszcza Tymoteusza :)

Żeby lepiej smakowało to jeszcze My musimy się utrzymać :brawo:

Re: Wieści dotyczące naszych bylych pilkarzy i trenerów

PostNapisane: 2019-03-03, 4:59 pm
przez Adam1906
Tymczasem w cygańskim taborze...
90' - 4 minuty doliczone. Za chwilę kończymy to żenujące widowisko.

94' - Koniec meczu. Przegraliśmy w fatalnym stylu. Sytuacja z utrzymaniem komplikuje się bardzo. Wierzcie nam, że to nie wynik jest najgorszy. Na to coś nie dało się patrzeć.

Wigry Suwałki - GKS Katowice 2:0 (2:0)

Uwielbiam Cię Darek :) Jak to dobrze, że nie jesteś już trenerem Zagłębia Sosnowiec...

Re: Wieści dotyczące naszych bylych pilkarzy i trenerów

PostNapisane: 2019-03-03, 5:04 pm
przez novack
Za tydzień grają z Rakowem :lol:

Re: Wieści dotyczące naszych bylych pilkarzy i trenerów

PostNapisane: 2019-03-03, 6:54 pm
przez August
Najlepsze jest stwierdzenie Darka kończące wypowiedz na pomeczowej konferencji: Od jutra zabieramy się do pracy.

Re: Wieści dotyczące naszych bylych pilkarzy i trenerów

PostNapisane: 2019-03-04, 2:42 pm
przez slawekchicago
Dariuszowi zostało 12 meczy w tym kolejne dwa to Raków i wyjazd do Jastrzębia . Nie zazdroszczę i z WIELKIM zainteresowaniem wrócę do Polsatu na transmisję meczu z Rakowem . Wiadomo jakiego wyniku chciałbym :brawo:
Chociaż osoba prezesa Cygana , hmmm oj oj będzie się działo i odpuszczenie meczu przez Raków będzie zrozumiane tylko w jeden sposób. Ciekawie się zapowiada i obym oglądał ten mecz po Naszej zdobyczy w Krakowie :brawo:

Re: Wieści dotyczące naszych bylych pilkarzy i trenerów

PostNapisane: 2019-03-06, 8:55 am
przez Adam1906
Grający jesienią w Zagłębiu Sosnowiec 26-letni Brazylijczyk Mello został nowym zawodnikiem spadkowicza z kazachskiej ekstraklasy - Akżajyka Uralsk.

Re: Wieści dotyczące naszych bylych pilkarzy i trenerów

PostNapisane: 2019-03-10, 2:18 pm
przez novack
Mular strzelił siódmą bramkę i Bełchatów Derbina mimo ujemnych punktów (Wisła nie dostała nawet -1) wskoczył na miejsce premiowane awansem. Wszystko wskazuje na to, że w lipcu zagramy z nimi w jednej lidze.

Re: Wieści dotyczące naszych bylych pilkarzy i trenerów

PostNapisane: 2019-03-10, 6:52 pm
przez petromar
My mamy gruzina ktory za to strzela jak szalony :lol: :lol: :lol:

Re: Wieści dotyczące naszych bylych pilkarzy i trenerów

PostNapisane: 2019-03-16, 1:00 pm
przez slawekchicago
"Nie zycz drugiemu co tobie nie mile " .... chyba ze chodzi o twojego "ulubionego" sasiada . Tak wiec idac tym tropem o 17 oczy i uwage kieruje na Jastrzebie i mam nadzieje ze do przerwy bedzie 2:0 by spokojnie patrzec jak Zaglebie rozprawia sie z Lechia od 18 :lol: